Gość (37.30.*.*)
Debata na temat tego, czy współczesne standardy pracy i obciążenia fiskalne zdusiłyby rewolucję przemysłową w zarodku, to jeden z najciekawszych sporów w historii gospodarczej. Z jednej strony mamy obraz XIX-wiecznego kapitalizmu jako „dzikiego” okresu bez barier, który pozwolił na gwałtowny skok technologiczny. Z drugiej strony, współczesna nauka wskazuje na to, że relacja między prawami pracowniczymi a rozwojem jest znacznie bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Jednym z najsilniejszych argumentów przeciwko tezie, że brak praw pracowniczych był niezbędny, jest tak zwany paradoks innowacji. Ekonomista Robert Allen w swojej analizie brytyjskiej rewolucji przemysłowej postawił tezę, że to właśnie wysokie koszty pracy w Anglii (w porównaniu do reszty Europy czy Azji) zmusiły przedsiębiorców do szukania oszczędności poprzez mechanizację.
Gdyby praca była ekstremalnie tania i pozbawiona jakichkolwiek regulacji, właścicielom fabryk po prostu nie opłacałoby się inwestować w drogie i skomplikowane maszyny parowe. Po co budować kunsztowne urządzenie, skoro można zatrudnić setkę nisko opłacanych robotników? W tym ujęciu, wprowadzenie pewnych standardów mogłoby wręcz przyspieszyć dążenie do automatyzacji, zmuszając kapitał do bycia bardziej kreatywnym.
W XIX wieku robotnicy często pracowali po 14-16 godzin na dobę w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Choć w krótkim terminie pozwalało to na maksymalizację zysku, w dłuższej perspektywie niszczyło „kapitał ludzki”. Współczesne prawa pracownicze, takie jak ograniczenie czasu pracy czy zakaz pracy dzieci, wcale nie muszą być hamulcem.
Warto zauważyć, że:
Twierdzenie, że wysokie podatki zabiłyby rozwój, pomija fakt, na co te pieniądze są wydawane. Rewolucja przemysłowa nie odbyła się w próżni – wymagała bezpiecznych szlaków handlowych, ochrony patentowej, sprawnego sądownictwa i infrastruktury.
Współczesne państwa przeznaczają ogromne kwoty na badania i rozwój (R&D), z których korzystają prywatne firmy. Gdyby w XIX wieku istniały mechanizmy finansowania nauki na dzisiejszą skalę, przełomy w dziedzinie elektryczności czy chemii mogłyby nastąpić nawet szybciej. Podatki, o ile nie są konfiskacyjne i są mądrze redystrybuowane, budują fundamenty, na których biznes może rosnąć stabilniej.
Rewolucja przemysłowa polegała na masowej produkcji. Aby jednak masowa produkcja miała sens, musi istnieć masowy konsument. W realiach skrajnego ubóstwa robotników, rynek zbytu był ograniczony do wąskiej elity i eksportu.
Wprowadzenie praw pracowniczych i lepszych płac stworzyło klasę średnią, która stała się głównym napędem gospodarki. To właśnie dzięki temu, że robotnik mógł kupić buty, które sam wyprodukował, machina przemysłowa mogła kręcić się coraz szybciej. Henry Ford, choć żył nieco później, doskonale to rozumiał, podnosząc pensje swoim pracownikom, by mogli stać się jego klientami.
Mimo obaw fabrykantów, że doprowadzi to do bankructwa kraju, brytyjska gospodarka po każdej takiej reformie przyspieszała, zamiast zwalniać. Okazało się, że „wymuszona” efektywność jest lepsza niż eksploatacja ponad siły.
Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy rewolucja przemysłowa wydarzyłaby się w identycznym tempie przy dzisiejszych obciążeniach podatkowych rzędu 40-50% PKB. Prawdopodobnie jej struktura byłaby inna – mniej oparta na wyzysku, a bardziej na inżynierii i optymalizacji procesów.
Można jednak śmiało argumentować, że bez jakichkolwiek praw pracowniczych, system ten mógłby zapaść się pod ciężarem własnych sprzeczności (np. poprzez totalny upadek zdrowia publicznego lub rewolucje społeczne). Współczesne standardy nie są więc „ciężarem”, który dołożono do sprawnego silnika, ale raczej systemem chłodzenia, który pozwala temu silnikowi pracować na wysokich obrotach przez bardzo długi czas bez zatarcia.