Gość (37.30.*.*)
Relacja między Polską a Francją w okresie międzywojennym to jeden z najbardziej fascynujących, a zarazem tragicznych rozdziałów w historii europejskiej dyplomacji. Choć obie strony łączył formalny sojusz obronny z 1921 roku, historycy do dziś spierają się, czy Paryż faktycznie traktował Warszawę jako pełnoprawnego partnera, czy jedynie jako „państwo sezonowe”, które miało pełnić rolę kordonu sanitarnego oddzielającego Niemcy od bolszewickiej Rosji. Teza, że Francja, osłabiając potencjał Polski, działała na własną szkodę, znajduje silne oparcie w faktach, choć wymaga spojrzenia na ówczesną sytuację z wielu perspektyw.
Po zakończeniu I wojny światowej Francja była potęgą, ale potęgą śmiertelnie przerażoną wizją odrodzenia niemieckiego militarnego giganta. Polska wydawała się idealnym sojusznikiem – „drugim frontem”, który w razie konfliktu zmusiłby Niemcy do rozproszenia sił. Problem polegał na tym, że francuska elita polityczna często patrzyła na Polskę z góry. Zamiast budować silny, nowoczesny organizm państwowy na wschodzie, Paryż często traktował Warszawę instrumentalnie.
Historycy wskazują, że francuska polityka zagraniczna była rozdarta między chęcią posiadania silnego sojusznika a strachem przed wciągnięciem w „egzotyczne” konflikty o granice na wschodzie Europy. To niezdecydowanie stało się początkiem końca realnej siły sojuszu.
Przełomowym momentem, który wielu badaczy uznaje za dowód na krótkowzroczność Francji, był rok 1925 i traktaty z Locarno. Francja zagwarantowała wtedy nienaruszalność swojej granicy z Niemcami, ale... odmówiła podobnych gwarancji dla granicy polsko-niemieckiej. Dla Berlina był to jasny sygnał: granice na zachodzie są nienaruszalne, ale na wschodzie „można negocjować”.
Z perspektywy czasu historycy oceniają to jako strategiczny błąd Paryża. Osłabiając pozycję międzynarodową Polski, Francja de facto zachęciła Niemcy do rewizjonizmu. Zamiast stworzyć szczelny system bezpieczeństwa zbiorowego, Francuzi stworzyli system „dwóch prędkości”, który w 1939 roku obrócił się przeciwko nim.
Kolejnym argumentem za tezą o działaniu na własną szkodę jest kwestia modernizacji polskiej armii. Polska była uzależniona od francuskich kredytów i technologii. Słynna pożyczka z Rambouillet z 1936 roku, choć opiewała na duże sumy, była obwarowana restrykcyjnymi warunkami. Polska musiała wydawać te pieniądze głównie we francuskich zakładach zbrojeniowych, które same borykały się z problemami produkcyjnymi i strajkami.
W efekcie do Polski trafiało często uzbrojenie, które nie było najnowocześniejsze, a dostawy były opóźnione. Historycy wojskowości zauważają, że gdyby Francja zainwestowała w realne wzmocnienie polskiego lotnictwa czy broni pancernej w połowie lat 30., kampania wrześniowa mogłaby trwać znacznie dłużej, co dałoby Francuzom czas na przeprowadzenie skutecznej ofensywy na zachodzie.
Największym grzechem francuskiej strategii była jednak „maginotyzacja” myślenia. Budując potężne fortyfikacje na granicy z Niemcami, Francja mentalnie zrezygnowała z prowadzenia wojny ofensywnej. To bezpośrednio uderzało w Polskę. Sojusz z 1921 roku zakładał, że w razie ataku Niemiec na Polskę, Francja uderzy na zachodzie całą swoją potęgą.
Kiedy jednak we wrześniu 1939 roku nadeszła próba ognia, francuska armia – mimo ogromnej przewagi nad niemieckimi siłami osłonowymi – nie podjęła realnych działań. Historycy nazywają to „dziwną wojną” lub „siedzącą wojną”. Brak zdecydowanego ataku Francji we wrześniu 1939 roku pozwolił Hitlerowi na szybkie wyeliminowanie Polski, a następnie przerzucenie wszystkich sił na zachód. W maju 1940 roku Francja zapłaciła za to najwyższą cenę – własną kapitulacją.
Współczesna historiografia (zarówno polska, jak i zachodnia, np. prace Anthony'ego Beevora czy polskie analizy prof. Mariana Zgórniaka) skłania się ku wnioskowi, że francuska polityka wobec Polski była klasycznym przykładem „strategicznego egoizmu”, który okazał się samobójczy.
Główne argumenty historyków potwierdzające tę tezę to:
Warto wiedzieć, że tuż przed wybuchem wojny, w lipcu 1939 roku, do Polski dotarła partia nowoczesnych francuskich czołgów R-35. Było ich jednak zaledwie około 50 sztuk. Historycy często podają to jako przykład „zbyt mało i zbyt późno”. Gdyby takie wsparcie nadeszło dwa lata wcześniej i w większej skali, losy kampanii 1939 roku mogłyby wyglądać zupełnie inaczej.
Podsumowując, większość historyków zgadza się, że Francja, prowadząc politykę asekurancką i nie dbając o realną siłę swojego wschodniego sojusznika, pośrednio przygotowała grunt pod własną klęskę w 1940 roku. Osłabienie Polski nie zwiększyło bezpieczeństwa Francji – wręcz przeciwnie, usunęło ostatnią przeszkodę stojącą na drodze Wehrmachtu do Paryża.