Gość (37.30.*.*)
Wojna polsko-bolszewicka z 1920 roku to jeden z tych momentów w historii, który do dziś budzi ogromne emocje. Często słyszymy, że Polska była „przedmurzem chrześcijaństwa” i uratowała Europę przed czerwonym potopem, ale kiedy spojrzymy na postawę ówczesnych mocarstw zachodnich, obraz staje się znacznie bardziej skomplikowany. Choć mogłoby się wydawać, że demokratyczny Zachód powinien rzucić wszystkie siły na pomoc odradzającej się Rzeczypospolitej, rzeczywistość była pełna politycznych gierek, zmęczenia wojną i zwyczajnego strachu.
Największym hamulcowym w kwestii pomocy Polsce był brytyjski premier David Lloyd George. Jego logika była brutalnie pragmatyczna. Po zakończeniu I wojny światowej Brytyjczycy byli wycieńczeni gospodarczo i psychicznie. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęli, było angażowanie się w kolejny wielki konflikt na wschodzie Europy.
Lloyd George uważał, że Polska jest krajem „sezonowym” i imperialistycznym, który swoimi ambicjami na wschodzie niepotrzebnie drażni Rosję. Co więcej, Londyn liczył na szybkie wznowienie handlu z Rosją Radziecką. Brytyjscy politycy wychodzili z założenia, że jeśli bolszewicy wygrają, trzeba będzie z nimi żyć i robić interesy, a wspieranie Polski tylko ten proces opóźni. To właśnie w Wielkiej Brytanii narodził się ruch „Hands Off Russia” (Ręce precz od Rosji), wspierany przez związki zawodowe, które blokowały transporty broni dla polskiej armii w portach.
Na tle niechętnej Brytanii, Francja jawiła się jako najbliższy sojusznik Polski, ale i tutaj pomoc nie była bezwarunkowa. Paryż widział w Polsce „zastępczego sojusznika” na wschodzie, który miał zająć miejsce upadłego caratu i szachować Niemcy. Francuzi wysłali do Polski Misję Wojskową (w której składzie był m.in. młody kapitan Charles de Gaulle) oraz ogromne ilości sprzętu wojskowego.
Problem polegał na tym, że Francja sama borykała się z ogromnym zadłużeniem i nie mogła pozwolić sobie na bezpośrednią interwencję zbrojną. Ponadto, francuska opinia publiczna była mocno podzielona – lewica sympatyzowała z rewolucją bolszewicką, widząc w niej szansę na nowy, lepszy świat, a nie zagrożenie dla cywilizacji.
Nawet gdy pomoc materialna z Zachodu (głównie z Francji) już ruszyła, napotkała na ogromne przeszkody fizyczne. Polska była w 1920 roku niemal całkowicie odcięta od dostaw.
W lipcu 1920 roku, gdy Armia Czerwona parła na Warszawę, polski premier Władysław Grabski udał się na konferencję do Spa w Belgii, by błagać o pomoc. Warunki, jakie postawiły państwa zachodnie (głównie pod dyktando Lloyda George’a), były upokarzające. Polska miała wycofać się na tzw. linię Curzona, oddać Wilno Litwie i zgodzić się na niekorzystne rozstrzygnięcia w kwestii Śląska i Gdańska.
Logika Zachodu była prosta: „Pomożemy wam mediować pokój z Leninem, ale musicie przestać być mocarstwem”. Historycy, tacy jak Norman Davies, podkreślają, że dla zachodnich dyplomatów Polska była wtedy jedynie pionkiem na szachownicy, którego można było poświęcić w imię stabilizacji relacji z Rosją.
Choć rząd USA zachowywał oficjalną neutralność i dystans, Polska otrzymała pomoc od ochotników. Słynna Eskadra Kościuszkowska, złożona z amerykańskich pilotów (m.in. Meriana C. Coopera, późniejszego twórcy filmu „King Kong”), walczyła ramię w ramię z Polakami. Był to wyraz wdzięczności za pomoc Pułaskiego i Kościuszki w wojnie o niepodległość USA, co pokazuje, że czasem idealizm jednostek wygrywał z chłodną logiką państw.
Współcześni badacze, analizując tamte wydarzenia, wskazują na kilka kluczowych wniosków:
Podsumowując, Polska w 1920 roku została zaatakowana, ale pomoc Zachodu była ograniczona, ponieważ państwa te kierowały się własnym interesem narodowym, zmęczeniem wojennym i brakiem zrozumienia dla ideologii bolszewickiej. Ostateczne zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej było więc w dużej mierze sukcesem polskiego wysiłku zbrojnego, osiągniętym wbrew dyplomatycznej izolacji.