Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas, oglądając amerykańskie seriale prawnicze, przyzwyczaiło się do widoku prokuratora dobijającego targu z oskarżonym w ciemnym korytarzu sądu lub spektakularnych ugód cywilnych opiewających na miliony dolarów. W polskiej rzeczywistości prawnej sprawa wygląda jednak zupełnie inaczej. Choć teoretycznie mogłoby się wydawać, że „przeszczepienie” instytucji takich jak plea bargaining do naszego systemu to tylko kwestia zmiany kilku ustaw, w rzeczywistości napotykamy na potężną barierę doktrynalną i systemową. Polska należy do kręgu prawa kontynentalnego (civil law), podczas gdy systemy anglosaskie (common law) opierają się na zupełnie innych fundamentach filozoficznych.
Główną przeszkodą we wprowadzeniu pełnego plea bargaining do polskiego systemu jest zasada prawdy obiektywnej. W polskim procesie karnym organ prowadzący postępowanie ma obowiązek dążyć do ustalenia stanu faktycznego zgodnego z rzeczywistością. Sąd nie może skazać kogoś tylko dlatego, że ta osoba „dogadała się” z prokuratorem, jeśli dowody wskazują na coś innego. W systemie anglosaskim proces jest traktowany bardziej jako spór dwóch równorzędnych stron przed bezstronnym arbitrem (sędzią lub ławą przysięgłych). Jeśli strony się dogadają, państwo często nie widzi potrzeby głębszego wnikania w to, co naprawdę się wydarzyło.
Kolejnym problemem jest zasada legalizmu, która dominuje w Polsce. Zobowiązuje ona prokuratora do wszczęcia i prowadzenia postępowania o każdy czyn zabroniony, o którym powziął wiadomość. W USA panuje zasada oportunizmu – prokurator ma ogromną swobodę w decydowaniu, kogo oskarżyć, o co i czy w ogóle warto tracić czas na dany proces. Przejście na system anglosaski wymagałoby więc odrzucenia fundamentów, na których polskie prawo budowano przez dziesięciolecia.
Implementacja instytucji na kształt plea bargaining wymagałaby rewolucji w Kodeksie postępowania karnego, a być może nawet zmian w Konstytucji RP. Obecnie mamy w Polsce namiastki takich rozwiązań, jak dobrowolne poddanie się karze (art. 335, 338a i 387 k.p.k.), ale są one mocno ograniczone. Aby wprowadzić prawdziwy „handel wyrokami”, konieczne byłyby:
W przypadku ugód cywilnych problemem nie jest brak przepisów (bo mediacje i ugody w Polsce istnieją), ale brak mechanizmów wymuszających współpracę stron przed procesem. W systemie anglosaskim istnieje instytucja discovery – strony muszą wymienić się wszystkimi dowodami przed wejściem na salę rozpraw. Często po takim „odsłonięciu kart” jedna ze stron orientuje się, że nie ma szans na wygraną i decyduje się na ugodę. W Polsce proces często przypomina „partyzantkę”, gdzie dowody wyciąga się z rękawa w ostatniej chwili.
Oprócz handlu wyrokami, system anglosaski posiada kilka innych ciekawych rozwiązań, które mogłyby odmienić polskie sądownictwo:
Gdyby amerykańskie sądy musiały przeprowadzić pełny proces dla każdego oskarżonego, system sprawiedliwości załamałby się w ciągu kilku tygodni. To pokazuje, że plea bargaining nie jest tam wyborem estetycznym, ale koniecznością ekonomiczną.
Gdybyśmy zdecydowali się na taki krok, skutki byłyby obosieczne. Z jednej strony, sądy z pewnością by odetchnęły. Czas oczekiwania na wyrok mógłby skrócić się z lat do miesięcy. Państwo zaoszczędziłoby miliardy złotych na prowadzeniu skomplikowanych procesów i utrzymywaniu machiny sądowej.
Z drugiej strony, istnieje ogromne ryzyko nadużyć. Krytycy plea bargaining wskazują, że prokuratorzy mogą „szantażować” oskarżonych, grożąc im absurdalnie wysokimi karami w razie procesu, co zmusza nawet niewinne osoby do przyznania się do winy dla „świętego spokoju”. W polskiej kulturze prawnej, opartej na nieufności do organów ścigania, mogłoby to doprowadzić do poczucia, że sprawiedliwość jest towarem, który można wynegocjować, a nie wartością, o którą dba państwo.
Wprowadzenie tych mechanizmów wymagałoby nie tylko zmiany ustaw, ale przede wszystkim zmiany mentalności prawników i obywateli. Polska musiałaby zrezygnować z romantycznej wizji sądu jako miejsca, gdzie zawsze triumfuje prawda, na rzecz pragmatycznej wizji sądu jako sprawnego urzędu rozwiązującego spory. Czy jesteśmy na to gotowi? To pytanie pozostaje otwarte, ale patrząc na tempo pracy naszych sądów, dyskusja o zapożyczeniach z systemu anglosaskiego będzie powracać coraz częściej.