Gość (83.4.*.*)
Pałac Kultury i Nauki (PKiN) to bez wątpienia najbardziej rozpoznawalny budynek w Polsce. Dla jednych jest symbolem Warszawy, dla innych bolesnym przypomnieniem o radzieckiej dominacji. Jednak poza debatą polityczną, wokół „daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego” narosło mnóstwo kontrowersji dotyczących kosztów jego budowy i utrzymania. Skojarzenie PKiN z rozrzutnością nie wzięło się znikąd – wynika ono zarówno z historycznego kontekstu jego powstania, jak i współczesnych wyzwań, przed którymi stają zarządcy tego kolosa.
Aby zrozumieć, dlaczego PKiN kojarzy się z rozrzutnością, musimy cofnąć się do lat 50. XX wieku. Warszawa była wtedy miastem wciąż podnoszącym się z ruin po II wojnie światowej. Brakowało mieszkań, szkół, szpitali i podstawowej infrastruktury. W tym samym czasie, w samym centrum stolicy, rozpoczęto budowę giganta o wysokości 237 metrów, który pochłonął niewyobrażalne ilości materiałów budowlanych.
Do budowy Pałacu zużyto około 40 milionów cegieł, ogromne ilości kamienia (m.in. piaskowca, granitu i marmuru) oraz setki ton stali. Wiele osób zadawało sobie wtedy pytanie: czy te zasoby nie byłyby lepiej wykorzystane przy budowie osiedli mieszkaniowych dla tysięcy bezdomnych warszawiaków? Kontrast między luksusowymi wnętrzami wyłożonymi marmurem a biedą panującą w zniszczonym mieście był dla wielu rażący i stał się fundamentem postrzegania tej inwestycji jako przejawu skrajnej rozrzutności.
Styl, w jakim wzniesiono Pałac – realizm socjalistyczny (socrealizm) – z założenia miał być „narodowy w formie i socjalistyczny w treści”. W praktyce oznaczało to budowanie z ogromnym rozmachem, który miał demonstrować potęgę systemu. PKiN to nie tylko biura, ale przede wszystkim sale kongresowe, teatry, kina, muzea i basen.
Wnętrza pałacu są pełne zdobień, kryształowych żyrandoli, rzeźb i ozdobnych kasetonów. Każdy detal był projektowany tak, aby budzić podziw i onieśmielać. Z perspektywy ekonomicznej, tak bogate wykończenie obiektu użyteczności publicznej w kraju wyniszczonym wojną było postrzegane jako nieuzasadniony luksus. Choć oficjalnie budowę finansował Związek Radziecki, Polska poniosła ogromne koszty pośrednie, w tym przygotowanie terenu, logistykę oraz utrzymanie tysięcy radzieckich robotników.
Podczas budowy Pałacu Kultury i Nauki pracowało około 3500 radzieckich robotników, dla których wybudowano specjalne osiedle „Przyjaźń” na Jelonkach. Osiedle to istnieje do dziś i wciąż służy m.in. jako domy studenckie, co jest ciekawym przykładem trwałego śladu tamtej inwestycji w tkance miejskiej.
Skojarzenie z rozrzutnością nie dotyczy tylko przeszłości. PKiN to ogromny organizm, który wymaga nieustannych nakładów finansowych. Budynek ma ponad 3000 pomieszczeń i kubaturę przekraczającą 800 tysięcy metrów sześciennych. Ogrzanie tak wielkiej przestrzeni, oświetlenie jej i utrzymanie w należytym stanie technicznym generuje gigantyczne koszty.
Wiele osób wskazuje, że Pałac jest niefunkcjonalny według współczesnych standardów. Wysokie sufity, szerokie korytarze i ogromne klatki schodowe sprawiają, że stosunek powierzchni użytkowej do całkowitej jest znacznie mniej korzystny niż w nowoczesnych biurowcach. Każda renowacja elewacji czy wymiana instalacji w tak zabytkowym obiekcie to wydatek liczony w milionach złotych, co regularnie podsyca dyskusję o tym, czy budynek ten nie jest „studnią bez dna”.
Warto również wspomnieć o psychologicznym aspekcie rozrzutności. Pałac był prezentem, którego Polska nie mogła odmówić. Często w polskiej kulturze pojawia się narracja, że był to prezent „za nasze pieniądze” lub prezent, który miał na celu przyćmić polskie aspiracje do nowoczesności na wzór zachodni. Wydawanie środków na utrzymanie symbolu obcej dominacji przez dekady było dla wielu osób formą wymuszonej rozrzutności państwowej.
Dziś, mimo że PKiN zarabia na siebie poprzez wynajem powierzchni biurowych, organizację eventów i wpływy z tarasu widokowego, wciąż pozostaje obiektem budzącym emocje. Jego monumentalizm, choć dziś doceniany przez turystów i miłośników architektury, na zawsze pozostanie związany z pytaniem o cenę, jaką społeczeństwo musiało zapłacić za ten symbol potęgi w czasach największego niedostatku.