Gość (37.30.*.*)
Historia o starożytnych Majach grających w piłkę, w której stawką było życie, to jeden z tych tematów, które od lat rozpalają wyobraźnię turystów i czytelników książek przygodowych. W popkulturze utrwalił się obraz brutalnego widowiska, kończącego się krwawą ofiarą z przegranej drużyny. Ile w tym jednak prawdy, a ile hollywoodzkiej przesady? Jak to zwykle bywa w przypadku archeologii, rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona i fascynująca niż scenariusz filmu akcji.
Gra w piłkę, znana wśród Majów jako pitz, nie była jedynie rozrywką czy sposobem na spędzenie wolnego popołudnia. Dla ludów Mezoameryki było to wydarzenie o charakterze głęboko religijnym i politycznym. Boiska do gry, które do dziś możemy podziwiać w takich miejscach jak Chichén Itzá czy Uxmal, nie były zwykłymi stadionami – postrzegano je jako portale do zaświatów, zwanych Xibalba.
Zasady gry były niezwykle trudne. Zawodnicy musieli odbijać ciężką, wykonaną z pełnej gumy piłkę, używając do tego głównie bioder, ud lub przedramion. Używanie dłoni czy stóp było surowo zabronione. Biorąc pod uwagę, że taka piłka mogła ważyć od 2 do nawet 4 kilogramów, gra była niezwykle kontuzjogenna. Gracze nosili specjalne ochraniacze z jeleniej skóry i drewna, aby chronić ciało przed miażdżącymi uderzeniami.
Przejdźmy do kluczowego pytania: czy przegrani rzeczywiście ginęli? Krótka odpowiedź brzmi: tak, ale nie zawsze i nie w taki sposób, jak nam się wydaje. Rytualne ofiary z ludzi były nieodłącznym elementem kultury Majów, a gra w piłkę stanowiła idealną oprawę dla takich obrzędów. Jednak nie każdy mecz kończył się śmiercią.
Większość codziennych rozgrywek miała charakter czysto sportowy lub służyła rozstrzyganiu sporów terytorialnych między miastami-państwami bez uciekania się do pełnoskalowej wojny. Ofiary rytualne składano zazwyczaj podczas najważniejszych świąt religijnych lub w sytuacjach o ogromnym znaczeniu politycznym. Co ciekawe, naukowcy wciąż spierają się o to, kto trafiał na ołtarz. Choć najpopularniejsza teoria mówi o kapitanach lub członkach przegranej drużyny, istnieją przesłanki sugerujące, że w niektórych przypadkach to zwycięzcy dostępowali "zaszczytu" bycia złożonym w ofierze bogom. Dla Majów śmierć rytualna nie była karą, lecz przejściem do wyższego stanu bytu.
Aby zrozumieć, dlaczego śmierć była powiązana z piłką, trzeba zajrzeć do Popol Vuh – świętej księgi Majów. Opisuje ona historię Bohaterskich Bliźniaków, Hunahpú i Xbalanqué, którzy musieli zmierzyć się z panami podziemi w meczu piłki. Ich zwycięstwo nad śmiercią i odrodzenie się jako Słońce i Księżyc było fundamentem wierzeń Majów. Każdy rytualny mecz był więc odtworzeniem tego kosmicznego dramatu. Piłka symbolizowała słońce wędrujące po niebie, a boisko – drogę do zaświatów.
Skąd wiemy o tych krwawych finałach? Najlepszymi dowodami są reliefy i murale odnalezione na boiskach. Na Wielkim Boisku w Chichén Itzá można zobaczyć scenę, w której jeden z graczy klęczy, a z jego szyi zamiast krwi tryskają węże (symbolizujące życiodajną siłę) oraz wyrasta roślina. To jednoznacznie wskazuje na rytualną dekapitację.
Warto jednak pamiętać o skali. Chichén Itzá było miastem późnego okresu klasycznego, gdzie wpływy Tolteków mogły zaostrzyć militarne i ofiarne aspekty kultury. W mniejszych ośrodkach lub we wcześniejszych epokach gra mogła być znacznie łagodniejsza.
Czy wiedziałeś, że Majowie byli mistrzami chemii? Aby stworzyć piłkę o odpowiedniej sprężystości, mieszali sok z drzewa kauczukowego z sokiem z pnącza Ipomoea alba (powoju). Bez tej domieszki guma byłaby zbyt krucha lub zbyt kleista. To odkrycie pozwoliło im tworzyć przedmioty, które Europejczycy potrafili wyprodukować dopiero setki lat później po wynalezieniu wulkanizacji przez Charlesa Goodyeara.
Podsumowując, informacje o grze w piłkę u Majów zawierają w sobie sporo prawdy, ale są często upraszczane.
Dziś tradycja gry w piłkę odżywa w Meksyku i Gwatemali w formie sportu pokazowego o nazwie ulama. Na szczęście współcześni zawodnicy po zakończonym meczu udają się do szatni, a nie na szczyt piramidy.