Gość (37.30.*.*)
Tydzień Noblowski to nie tylko wielkie świętowanie nauki, literatury i pokoju, ale także logistyczny majstersztyk, w którym każdy detal — od koloru obrusów po składniki deserów — jest zaplanowany z zegarmistrzowską precyzją. Mimo to, tam gdzie pojawiają się ludzie (nawet ci o najwyższym ilorazie inteligencji), nie da się uniknąć nieprzewidzianych sytuacji, wpadek czy specyficznych wymagań, które spędzają sen z powiek organizatorom.
Jedną z najbardziej spektakularnych sytuacji z udziałem współmałżonka noblisty była historia ekonomisty Roberta Lucasa, który otrzymał nagrodę w 1995 roku. Okazało się, że jego była żona, Rita Lucas, wykazała się niemal proroczą intuicją. Podczas ich rozwodu siedem lat wcześniej, w 1988 roku, wynegocjowała wpisanie do ugody klauzuli, zgodnie z którą miała otrzymać połowę ewentualnej Nagrody Nobla, jeśli Robert zdobędzie ją w ciągu najbliższych siedmiu lat.
Los bywa przewrotny — Lucas otrzymał wyróżnienie dokładnie w ostatnim roku obowiązywania tego zapisu. Gdyby komitet ogłosił werdykt kilka tygodni później, cała kwota (wówczas blisko milion dolarów) trafiłaby do rąk naukowca. Dzięki sprytowi byłej żony musiał on jednak podzielić się czekiem. Co ciekawe, Robert Lucas przyjął to z klasą, komentując, że „umowa to umowa”.
Bankiety noblowskie to szczyt dyplomatycznej etykiety, ale zdarzają się momenty, które wyłamują się ze sztywnych ram. W 2005 roku Robert Aumann, noblista w dziedzinie ekonomii i ortodoksyjny Żyd, stał się bohaterem jednego z najbardziej radosnych „incydentów”. Aumann nie tylko poprosił o specjalne, ściśle koszerne posiłki, ale po oficjalnej części bankietu, gdy inny noblista (Barry Marshall) wskoczył na scenę i zaczął śpiewać piosenkę o bakteriach, Aumann nie pozostał dłużny. Wszedł na podium i porwał gości do wspólnego śpiewania tradycyjnej żydowskiej pieśni „Kol haolam kulo”, przypominając wszystkim, że świat jest „bardzo wąskim mostem”, a najważniejsze to „nie bać się wcale”.
Organizacja kolacji dla 1300 osób, wśród których znajdują się przedstawiciele różnych kultur, religii i systemów wartości, to dla szefów kuchni prawdziwy tor przeszkód. Menu bankietu jest trzymane w ścisłej tajemnicy aż do momentu podania, ale istnieją pewne żelazne zasady:
Od lat na głównym bankiecie w Sztokholmie nie serwuje się wieprzowiny. Jest to ukłon w stronę laureatów i gości wyznania mojżeszowego oraz muzułmańskiego, aby uniknąć konieczności przygotowywania setek osobnych dań. Jeśli jednak laureat ma bardzo restrykcyjne wymagania (jak wspomniany Robert Aumann), fundacja zamawia posiłki u certyfikowanych dostawców koszernych.
Głośnym echem odbiła się obecność Olgi Tokarczuk na bankiecie w 2019 roku. Polska noblistka, znana ze swojego wegetarianizmu i walki o prawa zwierząt, siedziała przy stole honorowym obok króla Szwecji Karola XVI Gustawa — zapalonego myśliwego. Organizatorzy musieli zadbać o to, by menu Tokarczuk było w pełni roślinne (podano jej m.in. kaczkę... ale w wersji z grzybów shiitake i warzyw), podczas gdy król tradycyjnie delektował się dziczyzną z własnych polowań.
Nasi nobliści również mieli swoje preferencje. Wisława Szymborska podczas swojego bankietu w 1996 roku zajadała się homarem w galarecie i perliczką faszerowaną jabłkami. Czesław Miłosz w 1980 roku próbował wędzonego łososia ze szpinakiem. Z kolei Lech Wałęsa, choć sam nie mógł odebrać nagrody w 1983 roku (zrobiła to jego żona Danuta), „otrzymał” w menu dedykowaną solę faszerowaną smardzami.
Mimo rygorystycznego protokołu, Tydzień Noblowski nie jest wolny od drobnych faux pas:
Nieprzewidziane sytuacje dotyczą też samych medali. Podczas II wojny światowej dwaj niemieccy nobliści, Max von Laue i James Franck, wysłali swoje złote krążki do Kopenhagi, by ukryć je przed nazistami. Gdy Niemcy wkroczyli do Danii, chemik George de Hevesy rozpuścił medale w wodzie królewskiej (mieszaninie kwasów), by nie wpadły w ręce okupantów. Po wojnie złoto odzyskano, a Fundacja Noblowska ponownie odlała z niego medale dla prawowitych właścicieli.
Tydzień Noblowski to fascynujące zderzenie najwyższej powagi z czysto ludzkimi słabościami. Pokazuje, że nawet za najbardziej przełomowymi odkryciami stoją ludzie, którzy czasem muszą walczyć o koszerny posiłek, dzielić się nagrodą z byłą żoną lub po prostu pilnować, by ich buty nie obtarły stóp podczas tańców w Złotej Sali.