Gość (37.30.*.*)
Finansowanie transportu zbiorowego to jeden z największych problemów, z jakimi borykają się polskie samorządy. Pomysł, aby powiązać wydatki na lokalne autobusy i tramwaje bezpośrednio z wpływami z podatku VAT, wydaje się logiczny – im więcej konsumujemy, tym więcej środków trafia na mobilność. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, a konkretnie w matematyce podatkowej. Sprawdźmy, czy zaproponowane zmiany w stawkach VAT faktycznie wystarczyłyby na pokrycie 0,4% całkowitych wpływów z tego podatku.
Zanim przejdziemy do wyliczeń dotyczących podwyżek, musimy ustalić punkt odniesienia. Według danych budżetowych na 2024 rok, planowane wpływy z podatku VAT do budżetu państwa wynoszą około 316 miliardów złotych (choć realne wykonanie może się różnić, przyjmijmy tę kwotę jako bazę do obliczeń).
Obliczmy zatem, ile wynosiłoby wspomniane 0,4% z tej kwoty:
316 000 000 000 PLN × 0,004 = 1 264 000 000 PLN
Zatem aby sfinansować fundusz wsparcia transportu lokalnego na poziomie 0,4% wpływów z VAT, rząd musiałby wygospodarować dodatkowe 1,26 miliarda złotych rocznie.
Przyjrzyjmy się teraz, jakie skutki finansowe przyniosłyby zaproponowane przez Ciebie zmiany. Musimy pamiętać, że każda zmiana stawki VAT o 1 punkt procentowy w skali całego kraju generuje miliardy złotych wpływu.
To najbardziej drastyczna z proponowanych zmian. Stawka 8% obejmuje szeroki wachlarz usług i towarów, w tym niektóre produkty spożywcze, gazety, usługi remontowe czy transport pasażerski. Podniesienie tej stawki o 1,5 punktu procentowego (z 8% do 9,5%) to wzrost obciążenia podatkowego w tej kategorii o niemal 19%.
Biorąc pod uwagę, że wpływy z produktów opodatkowanych stawką 8% generują znaczną część dochodów budżetowych, taka zmiana mogłaby przynieść od 4 do 6 miliardów złotych dodatkowych wpływów rocznie. Już ten jeden krok z nawiązką pokryłby zapotrzebowanie na poziomie 1,26 miliarda złotych.
Stawka 5% dotyczy głównie podstawowych produktów żywnościowych, książek i czasopism. Podniesienie jej o zaledwie 0,1 punktu procentowego wydaje się kosmetyczne, ale przy ogromnej skali konsumpcji żywności w Polsce, przełożyłoby się to na dodatkowe 200-400 milionów złotych.
Obecnie produkty te są opodatkowane stawkami obniżonymi (często 8% lub 5% w zależności od przetworzenia). Przesunięcie ich do stawki podstawowej (23%) to ogromny skok – o 15 lub 18 punktów procentowych.
Przeprowadźmy uproszczoną symulację zysków z Twojej propozycji:
Suma dodatkowych wpływów: ok. 6,3 miliarda złotych.
Koszt sfinansowania 0,4% VAT na transport: 1,26 miliarda złotych.
Wynik: Proponowane przez Ciebie zmiany nie tylko pozwoliłyby sfinansować transport lokalny, ale wygenerowałyby nadwyżkę w wysokości około 5 miliardów złotych.
Twoja propozycja jest "nadmiarowa" w stosunku do celu. Aby sfinansować 0,4% wpływów z VAT na transport, wystarczyłoby prawdopodobnie samo podniesienie stawki 8% do poziomu 8,5% lub samo przeniesienie wybranych produktów niezdrowych do stawki 23%. Proponowany przez Ciebie pakiet zmian jest na tyle szeroki, że mógłby sfinansować transport lokalny niemal pięciokrotnie lub pozwolić na znacznie większy udział w budżetach gmin (np. 2% wpływów z VAT zamiast 0,4%).
Warto wiedzieć, że w Polsce transport publiczny sam w sobie jest opodatkowany stawką 8% VAT. Oznacza to, że pasażer, kupując bilet, już teraz dokłada się do puli, z której gminy chciałyby czerpać fundusze.
Innym ciekawym aspektem jest tzw. "efekt elastyczności popytu". Ekonomia uczy, że drastyczne podniesienie podatku na dany produkt (np. cukier czy sól) może spowodować spadek jego sprzedaży. Jeśli ludzie zaczną kupować mniej cukru, wpływy z VAT-u nie wzrosną tak bardzo, jak wynikałoby to z prostego mnożenia. Jednak w przypadku soli czy podstawowej żywności (stawka 5,1%), popyt jest zazwyczaj "sztywny" – ludzie muszą jeść, więc zapłacą wyższą cenę, a budżet państwa realnie zyska.
Obecnie w Polsce trwają dyskusje nad zwiększeniem udziału samorządów w dochodach państwa, ale zazwyczaj dotyczy to podatku PIT i CIT. Powiązanie wydatków na transport bezpośrednio z VAT-em byłoby rewolucją, która dałaby gminom ogromną stabilność finansową, niezależną od tego, czy ich mieszkańcy zarabiają dużo (PIT), ale zależną od tego, jak dużo wydają w lokalnych sklepach.