Gość (37.30.*.*)
Gdy myślimy o muzyce klasycznej, która trafia prosto w serce i przekracza wszelkie granice kulturowe, jedno nazwisko pojawia się niemal natychmiast: Yo-Yo Ma. Ten genialny wirtuoz, zdobywca kilkunastu nagród Grammy i jeden z najbardziej rozpoznawalnych artystów na świecie, kojarzony jest przede wszystkim z jednym instrumentem – wiolonczelą. Choć dziś trudno wyobrazić sobie świat muzyki bez jego głębokich, ciepłych interpretacji utworów Bacha czy współczesnych fuzji jazzowych i etnicznych, mało kto wie, że wiolonczela wcale nie była jego pierwszym wyborem. Cała historia jego drogi do tego instrumentu to urocza opowieść o dziecięcej wyobraźni, buncie i... rodzicielskim kompromisie.
Yo-Yo Ma urodził się w Paryżu w niezwykle muzykalnej rodzinie – jego matka była śpiewaczką operową, a ojciec skrzypkiem, kompozytorem i pedagogiem. Nic więc dziwnego, że mały Yo-Yo miał kontakt z muzyką od kołyski. Swoją przygodę z instrumentami smyczkowymi zaczął niezwykle wcześnie, bo już w wieku trzech lat. Naturalnym wyborem rodziców były skrzypce, na których grała już jego starsza siostra, Yeou-Cheng.
Niestety, ta próba okazała się kompletnym niewypałem. Sam artysta po latach wspominał z rozbrajającą szczerością, że dźwięki, jakie wydobywał ze skrzypiec, przypominały raczej „skrobanie paznokciami po tablicy”. Gra na tym instrumencie zupełnie mu nie szła, a jego rodzice doszli nawet do wniosku, że chłopiec po prostu nie ma talentu muzycznego i na jakiś czas dali mu spokój.
Przełom nastąpił, gdy Yo-Yo miał cztery lata. Podczas wizyty w Konserwatorium Paryskim jego uwagę przykuł gigantyczny instrument stojący w kącie – był to potężny kontrabas. Dla czteroletniego brzdąca coś tak ogromnego było absolutnie fascynujące. Jak sam później żartował, zadziałał tu prosty mechanizm: dzieci uwielbiają wielkie rzeczy, takie jak wozy strażackie czy dinozaury, a dla niego takim „wozem strażackim” stał się właśnie kontrabas.
Mały Yo-Yo natychmiast oświadczył rodzicom, że to jest dokładnie to, na czym chce grać. Pojawił się jednak oczywisty problem fizyczny. Kontrabas był kilkukrotnie większy od samego chłopca. Rodzice próbowali mu tłumaczyć, że instrument jest zbyt wielki, a on sam nie da rady go nawet udźwignąć, nie mówiąc o graniu. Żartowali nawet, że mógłby w nim zamieszkać, ale na pewno nie na nim grać.
Yo-Yo Ma nie dawał za wygraną. Skoro nie mógł mieć kontrabasu, zażądał „następnej największej rzeczy”. I tak oto na scenę wkroczyła wiolonczela. Był to idealny kompromis – instrument wciąż duży i o głębokim, niskim brzmieniu, ale dający się dostosować do wzrostu dziecka. Ojciec Yo-Yo Ma pożyczył dla niego od paryskiego lutnika specjalną, miniaturową wiolonczelę w rozmiarze 1/16.
Rodzice przystali na tę propozycję, ale postawili jeden twardy warunek. Powiedzieli: „Dobrze, dostaniesz wiolonczelę, ale musisz obiecać, że tym razem nie zmienisz zdania i nie porzucisz jej dla innego instrumentu”. Czterolatek złożył obietnicę, której dotrzymał przez kolejne dekady.
Choć Yo-Yo Ma zaczynał od miniaturowej wiolonczeli, dziś w jego kolekcji znajdują się jedne z najcenniejszych instrumentów na świecie. Wśród nich na szczególną uwagę zasługują:
Przypadek Yo-Yo Ma pokazuje, że wielka kariera nie zawsze zaczyna się od idealnego, zaplanowanego od A do Z startu. Czasami potrzeba odrobiny buntu, dziecięcego uporu i zgody na kompromis, by odnaleźć swoją prawdziwą życiową ścieżkę. Wiolonczela, choć wybrana jako „mniejsze zło” zamiast kontrabasu, stała się dla artysty przedłużeniem jego własnego głosu i narzędziem, którym od ponad sześćdziesięciu lat niesie ludziom piękno, spokój i zrozumienie na całym świecie.