Gość (83.4.*.*)
W świecie, w którym informacja stała się najcenniejszą walutą, a debata publiczna często bywa zdominowana przez emocje i szybkie przekazy, pytanie o odpowiedzialność polityków za głoszenie nieprawdziwych informacji jest jednym z najbardziej palących. Dlaczego w przeciwieństwie do wykroczeń drogowych czy innych drobnych przewinień, za polityczne kłamstwo nie można po prostu otrzymać mandatu? Odpowiedź na to pytanie jest złożona i leży na styku prawa, konstytucyjnych gwarancji wolności słowa oraz specyfiki debaty demokratycznej.
Zacznijmy od podstawowego rozróżnienia. Pojęcie "mandatu" w polskim systemie prawnym odnosi się zazwyczaj do grzywny nakładanej w postępowaniu mandatowym, czyli za wykroczenia (np. drogowe, porządkowe). Jest to szybka, administracyjna forma kary za czyny o mniejszej szkodliwości społecznej.
Głoszenie nieprawdziwych informacji przez polityka, choć może mieć ogromne konsekwencje dla państwa i społeczeństwa, nie jest w polskim prawie sklasyfikowane jako wykroczenie podlegające procedurze mandatowej. Zamiast tego, w zależności od charakteru i celu fałszywej wypowiedzi, w grę wchodzi odpowiedzialność karna lub cywilna, która jest egzekwowana w drodze skomplikowanego postępowania sądowego, a nie przez funkcjonariusza służb.
Brak możliwości nałożenia mandatu na polityka za nieprawdę wynika z kilku fundamentalnych filarów polskiego systemu prawnego i demokratycznego:
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej gwarantuje każdemu wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. W debacie politycznej ta zasada jest traktowana priorytetowo. Wprowadzenie ogólnej, administracyjnej kary (mandatu) za "głoszenie nieprawdy" wiązałoby się z ogromnym ryzykiem ograniczenia wolności słowa i mogłoby prowadzić do tzw. efektu mrożącego (ang. chilling effect).
Kto miałby decydować, co jest "prawdą" w polityce? Czy krytyka programu rządowego, czy obietnica wyborcza, która nie została spełniona, to już kłamstwo? Prawnicy i teoretycy demokracji podkreślają, że zbyt restrykcyjne przepisy mogłyby stać się narzędziem do kneblowania opozycji i nadmiernej ingerencji państwa w sferę swobody wypowiedzi.
W odróżnieniu od faktów (np. prędkość samochodu, stan konta bankowego), wiele wypowiedzi politycznych to opinie, prognozy, oceny, a nawet retoryczne przesady. Ustalenie, czy dana wypowiedź była świadomym kłamstwem, czy jedynie błędną prognozą, niepopartą tezą, czy też celową manipulacją, wymaga dogłębnej analizy kontekstu i intencji, co jest domeną sądów, a nie procedury mandatowej.
Polskie prawo przewiduje odpowiedzialność za fałszywe informacje, ale tylko wtedy, gdy spełniają one znamiona konkretnych przestępstw lub naruszeń:
Warto przy tym pamiętać, że w przypadku osób pełniących funkcje publiczne (polityków) prawo do krytyki jest szersze. Nie popełnia się przestępstwa zniesławienia, jeśli publicznie podnosi się lub rozgłasza prawdziwy zarzut dotyczący postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną.
Polskie prawo przewiduje surowe kary za dezinformację, ale w kontekście działań zagrażających bezpieczeństwu państwa. Nowelizacja Kodeksu karnego zaostrzyła kary za szpiegostwo i dezinformację polegającą na rozpowszechnianiu nieprawdziwych lub wprowadzających w błąd informacji, ale jest to skierowane przeciwko działalności obcego wywiadu, a nie przeciwko ogólnym wypowiedziom polityków w debacie publicznej.
Mimo braku mandatu, debata na temat odpowiedzialności polityków za kłamstwa jest żywa. Pojawiają się głosy, w tym ze strony polskich ministrów, że rozwiązania prawne, które uczyniłyby kłamstwo w polityce nielegalnym i przewidywałyby surowe kary (jak np. planowane przepisy w Walii), przydałyby się również w Polsce.
Wprowadzenie takich regulacji wymagałoby jednak precyzyjnego określenia, czym jest "kłamstwo polityczne", które podlega karze, tak aby nie naruszyć fundamentalnej zasady wolności słowa. Na razie jednak, w Polsce, odpowiedzialność za nieprawdziwe informacje w polityce pozostaje w sferze skomplikowanych postępowań sądowych (karnych lub cywilnych), a nie procedury mandatowej.