Gość (37.30.*.*)
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego świat ożywiony kręci się wokół dwójki? Dlaczego w toku miliardów lat ewolucji niemal wszystkie skomplikowane organizmy – od dębów, przez motyle, aż po ludzi – podzieliły się akurat na dwie płcie? Dlaczego nie na trzy, cztery, albo dlaczego nie zostaliśmy przy jednej, samowystarczalnej płci? To jedno z najbardziej fascynujących pytań w biologii ewolucyjnej. Odpowiedź na nie kryje się w mikroskopijnych komórkach, bezwzględnej matematyce przetrwania oraz... komórkowej wojnie domowej.
Zanim przejdziemy do ewolucyjnych teorii, musimy precyzyjnie zdefiniować, czym z perspektywy biologii jest płeć. Wbrew pozorom nie decydują o niej zewnętrzne cechy anatomiczne, ubarwienie czy zachowanie. Kluczem są gamety, czyli komórki rozrodcze.
Biologia definiuje płeć w sposób binarny na podstawie zjawiska zwanego anizogamią (czyli różnicą w wielkości gamet):
Skoro płeć definiujemy przez rozmiar gamet, pytanie brzmi: dlaczego ewolucja stworzyła tylko te dwa rozmiary?
Około dwóch miliardów lat temu, u zarania życia wielokomórkowego, rozmnażanie płciowe wyglądało zupełnie inaczej. Organizmy stosowały tzw. izogamię. Oznacza to, że ich komórki rozrodcze były identycznej wielkości. Każdy mógł połączyć się z każdym, o ile należał do kompatybilnej grupy.
Z czasem jednak pojawiła się presja ewolucyjna, która doprowadziła do tzw. doboru rozrywającego (dywergencyjnego). Wyobraźmy sobie prostą grę ewolucyjną. Aby nowy organizm (zygota) miał szansę przeżyć, musi mieć odpowiedni zapas energii na start. Z tego powodu opłacało się produkować nieco większe gamety, które niosły ze sobą więcej „prowiantu”.
W tym momencie pojawiła się jednak inna, konkurencyjna strategia: „skoro inni produkują wielkie, bogate w energię komórki, ja mogę produkować maleńkie, tanie komórki, ale za to w ogromnych ilościach!”. Te małe komórki mogły szybko się poruszać i „pasożytować” na zapasach energii tych większych.
W ten sposób powstały dwie skrajne, niezwykle skuteczne strategie:
A co z komórkami średniej wielkości? Okazały się ewolucyjną ślepą uliczką. Były zbyt małe, by zapewnić zygocie przetrwanie bez pomocy, i zbyt duże oraz powolne, by skutecznie konkurować z mikroskopijnymi plemnikami. Średniacy przegrali wyścig zbrojeń, a na placu boju pozostały tylko dwie skrajności.
Skoro dwie skrajności są tak skuteczne, to dlaczego nie wyewoluowała trzecia płeć? Teoretycznie moglibyśmy wyobrazić sobie system, w którym do stworzenia potomka potrzebne są trzy różne komórki rozrodcze. W praktyce jednak taki układ byłby skrajnie nieefektywny.
Po pierwsze, znalezienie jednego partnera w świecie przyrody bywa trudne, niebezpieczne i energochłonne. Konieczność znalezienia dwóch różnych partnerów jednocześnie drastycznie obniżyłaby szanse na sukces rozrodczy. Matematyka ewolucyjna jest tu bezlitosna – system trójboczny po prostu by wymarł z powodu trudności w kojarzeniu.
Po drugie, istnieje jeszcze jeden, znacznie głębszy powód związany z naszą komórkową maszynerią.
Wewnątrz naszych komórek znajdują się mitochondria – miniaturowe elektrownie, które posiadają własne, niezależne DNA. Kiedy dochodzi do zapłodnienia, komórki łączą swoje jądra komórkowe, dzieląc się materiałem genetycznym po połowie. Co jednak dzieje się z mitochondriami?
Gdyby mitochondria pochodziły od obojga rodziców, wewnątrz nowej komórki doszłoby do bezwzględnej walki o dominację między różnymi liniami mitochondrialnego DNA. Taka komórkowa wojna domowa (konflikt genomowy) mogłaby uszkodzić lub zniszczyć rozwijający się zarodek.
Aby temu zapobiec, eukarioty wykształciły mechanizm dziedziczenia jednorodzicielskiego (uniparentalnego). Mitochondria są przekazywane wyłącznie przez jednego z rodziców – tego, który dostarcza większą gametę (czyli matkę). Plemnik ojca przed zapłodnieniem odrzuca swoje mitochondria (lub są one niszczone zaraz po wniknięciu do jaja).
Dwie płcie idealnie rozwiązują ten problem: jedna płeć daje „twardy dysk” z połową DNA i całe „zaplecze techniczne” (mitochondria i cytoplazmę), a druga dostarcza jedynie drugą połowę DNA. Trzecia płeć tylko skomplikowałaby ten precyzyjnie dostrojony mechanizm i zwiększyła ryzyko konfliktów genetycznych.
W tym miejscu warto wspomnieć o fascynującym wyjątku, który często pojawia się w dyskusjach naukowych. Niektóre gatunki grzybów, takie jak rozszczepka pospolita (Schizophyllum commune), posiadają tysiące tzw. typów kojarzenia (mating types), które bywają błędnie nazywane „płciami”.
Dlaczego u grzybów to działa? Ponieważ grzyby te nie produkują zróżnicowanych pod względem wielkości gamet (plemników i jaj) – u nich nadal występuje izogamia. Ich komórki rozrodcze są identyczne pod względem wielkości. Typy kojarzenia to po prostu molekularne systemy rozpoznawania się na poziomie chemicznym. Dzięki tysiącom takich typów grzyb ma niemal 100% szans, że spotkany osobnik tego samego gatunku będzie z nim kompatybilny. Jednak w świecie roślin i zwierząt, gdzie postawiono na zróżnicowanie gamet (anizogamię), taki system nie miałby racji bytu.
Natura uwielbia eksperymenty, dlatego w toku ewolucji powstały różne warianty korzystania z dwóch płci:
Podsumowując, istnienie dokładnie dwóch płci nie jest dziełem przypadku, lecz logiczną konsekwencją praw fizyki, matematyki i biologii ewolucyjnej. Podział na małe, ruchliwe plemniki oraz duże, bogate w składniki odżywcze jaja okazał się najbardziej stabilną i wydajną strategią przetrwania, jaką wypracowało życie na Ziemi.