Gość (5.172.*.*)
Współczesnym studentom słowo „stancja” kojarzy się zazwyczaj z wynajmowanym pokojem, współlokatorami i poszukiwaniem najtańszej oferty na portalach ogłoszeniowych. Jednak w czasach PRL-u oraz w okresie transformacji ustrojowej lat 90. termin ten krył w sobie znacznie więcej. Stancja była wówczas nie tylko rozwiązaniem mieszkaniowym, ale też oficjalną i usankcjonowaną prawnie formą opieki szkolnej oraz częściowej opieki zastępczej. W praktyce oznaczało to, że prywatne pokoje u obcych ludzi stawały się dla wielu młodych ludzi pomostem między domem dziecka czy rodziną zastępczą a pełną samodzielnością.
W nomenklaturze prawnej i pedagogicznej Polski Ludowej system opieki nad dzieckiem był wyraźnie podzielony na trzy filary: opiekę rodzinną (rodziny naturalne, adopcyjne i zastępcze), opiekę zakładową (np. państwowe domy dziecka) oraz opiekę szkolną. To właśnie w tej ostatniej kategorii, obok internatów i burs, znajdowała się stancja uczniowska.
W tamtych realiach stancja nie była wyłącznie prywatną sprawą między właścicielem mieszkania a lokatorem. Państwo traktowało ją jako instytucję wspierającą wychowanie. Trafiała tam przede wszystkim młodzież z mniejszych miejscowości i wsi, która kontynuowała naukę w szkołach średnich lub zawodowych w większych miastach, a dla której zabrakło miejsc w przepełnionych internatach. W przypadku dzieci pozbawionych całkowicie lub częściowo opieki rodzicielskiej, stancja stawała się formą kontrolowanego przez państwo środowiska wychowawczego.
Życie na stancji w czasach PRL-u i na początku lat 90. diametralnie różniło się od dzisiejszego wynajmu. Wiązało się z konkretnymi obowiązkami zarówno dla wynajmującego, jak i dla samego ucznia.
Właściciel stancji (często starsza pani, wdowa lub emerytowany nauczyciel) nie był tylko „kamienicznikiem” pobierającym czynsz. Na mocy niepisanych, a często też formalnych umów ze szkołą lub kuratorami, gospodarz stancji sprawował nad młodym człowiekiem tzw. dozór wychowawczy. Do jego zadań należało:
Szkoły średnie i zawodowe prowadziły oficjalne rejestry stancji, na których mieszkali ich uczniowie. Wychowawcy klasowi oraz szkolni pedagodzy mieli obowiązek regularnego odwiedzania tych miejsc. Sprawdzano warunki sanitarne, to, czy uczeń ma własne łóżko, biurko do pracy oraz czy atmosfera w domu sprzyja nauce. Jeśli warunki były złe lub gospodarz nie radził sobie z opieką, szkoła mogła cofnąć zgodę na pobyt ucznia w tym miejscu.
Dla młodzieży pochodzącej z rodzin niewydolnych wychowawczo, ubogich lub przebywających wcześniej w placówkach opiekuńczych, opłaty za stancję były w całości lub części pokrywane z funduszy celowych – najpierw przez resort oświaty, a później przez raczkującą w latach 90. pomoc społeczną. Państwo płaciło właścicielowi mieszkania za to, że „zastępował” dziecku rodzinę na czas nauki.
Wraz z transformacją ustrojową i wejściem w życie nowej Ustawy o pomocy społecznej z 1990 roku, podejście do opieki zastępczej zaczęło się zmieniać. Zaczęto głośno mówić o potrzebie likwidacji wielkich, bezdusznych domów dziecka na rzecz form rodzinnych i wspierania młodzieży wchodzącej w dorosłość.
Dla osiemnastolatków opuszczających domy dziecka lub rodziny zastępcze, którzy chcieli kontynuować naukę, stancja stała się kluczowym elementem tzw. indywidualnego programu usamodzielnienia.
W praktyce wyglądało to tak:
Stancja w latach 90. była więc swego rodzaju „poligonem doświadczalnym” – uczyła samodzielnego gospodarowania budżetem, gotowania i dbania o siebie, ale wciąż pod czujnym, finansowym i wychowawczym okiem państwa.
Z czasem, wraz z profesjonalizacją pieczy zastępczej w XXI wieku, model stancji jako formy opieki zastępczej zaczął zanikać. Rynek nieruchomości stał się całkowicie komercyjny, a właściciele mieszkań przestali być zainteresowani pełnieniem funkcji „pseudo-opiekunów” czy współpracą z pracownikami socjalnymi.
Współcześnie rolę dawnych stancji wspieranych przez państwo przejęły znacznie bardziej profesjonalne rozwiązania, takie jak:
Mimo że stancje z czasów PRL-u i lat 90. bywały miejscami o bardzo różnym standardzie – od ciepłych, niemal rodzinnych domów po zimne, rygorystyczne pokoje – dla tysięcy młodych ludzi stanowiły jedyną szansę na zdobycie wykształcenia i bezpieczny start w dorosłe życie.