Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie taką sytuację: przeglądasz media społecznościowe i nagle na lokalnej grupie trafiasz na post ze zdjęciem smutnego, starszego psa lub poturbowanego kota. Opis jest rozdzierający serce – zwierzę zostało znalezione, jest wycieńczone i pilnie szuka właściciela. Podświadomie kursor myszki lub palec wędruje w stronę przycisku „Udostępnij”. Robisz to w dobrej wierze, chcąc pomóc. Właśnie w ten sposób, nawet będąc osobą o stabilnej psychice i wysokiej inteligencji, możesz stać się ogniwem w łańcuchu internetowego oszustwa.
Głównym powodem, dla którego dorośli ludzie dają się nabrać na tego typu akcje, jest fakt, że oszuści uderzają w nasze najbardziej podstawowe instynkty: empatię i potrzebę opieki nad słabszymi. Psychologia nazywa to „porwaniem emocjonalnym”. Gdy widzimy cierpienie zwierzęcia, w naszym mózgu aktywuje się układ limbiczny, odpowiedzialny za emocje, który potrafi na chwilę „wyłączyć” korę przedczołową, odpowiadającą za logiczne myślenie i krytyczną analizę faktów.
W takim stanie rzadziej sprawdzamy, czy zdjęcie nie pochodzi z banku zdjęć lub czy profil osoby udostępniającej nie został założony pięć minut wcześniej. Chęć niesienia natychmiastowej pomocy jest silniejsza niż potrzeba weryfikacji źródła.
Oszustwa typu „poszukajmy razem” często wykorzystują sprytny mechanizm techniczny zwany „Bait and Switch” (zanęta i zamiana). Scenariusz zazwyczaj wygląda tak:
Dla algorytmu Facebooka czy innych platform post nadal jest tym samym popularnym wpisem, więc wyświetla go kolejnym osobom, ale tym razem z niebezpieczną treścią. Osoba, która udostępniła post na początku, rzadko wraca do niego, by sprawdzić, czy treść się nie zmieniła, stając się nieświadomym ambasadorem oszustwa.
Mechanizmy psychologiczne, które sprawiają, że stajemy się ofiarami, różnią się nieco w zależności od tego, w jakim wieku jesteśmy.
W tej grupie kluczowym mechanizmem jest społeczny dowód słuszności. Jeśli widzę, że moi znajomi udostępniają daną informację, podświadomie uznaję ją za prawdziwą. Młodsze pokolenia działają szybko – scrollowanie mediów społecznościowych odbywa się w tempie błyskawicznym, co sprzyja powierzchownej ocenie treści.
Tutaj dominuje poczucie odpowiedzialności społecznej. Osoby te często pełnią role opiekunów w swoich rodzinach, co przekłada się na wyższą reaktywność na sygnały o potrzebie pomocy. Dodatkowo, ta grupa często czuje się pewnie w internecie, co paradoksalnie osłabia ich czujność – wierzą, że potrafią odróżnić prawdę od fałszu, podczas gdy oszuści stosują coraz bardziej wyrafinowane techniki socjotechniczne.
W przypadku osób starszych często mamy do czynienia z regułą autorytetu i większą ufnością wobec słowa pisanego. Seniorzy wychowywali się w czasach, gdy media były źródłem sprawdzonych informacji. Choć ich empatia jest równie wysoka, często brakuje im biegłości w rozpoznawaniu technicznych sygnałów ostrzegawczych, takich jak dziwne linki czy brak historii postów na danym profilu.
Czy wiesz, że w internecie działa „odwrócony efekt widza”? W świecie rzeczywistym, im więcej osób przygląda się wypadkowi, tym mniejsza szansa, że ktoś pomoże (zakładamy, że zrobi to ktoś inny). W mediach społecznościowych działa to inaczej: lawina udostępnień wywołuje presję. Myślimy: „Skoro wszyscy to udostępniają, to sprawa jest poważna i ja też muszę dołożyć swoją cegiełkę”. To sprawia, że fałszywe apele rozprzestrzeniają się szybciej niż te prawdziwe.
Zdrowie psychiczne i inteligencja nie chronią nas w pełni przed manipulacją, bo ta celuje w nasze serca, a nie w umysły. Aby nie stać się narzędziem w rękach oszustów, warto wprowadzić kilka prostych zasad:
Pomaganie jest piękną cechą, ale w cyfrowym świecie warto połączyć gorące serce z chłodną głową. Dzięki temu Twoje udostępnienie trafi tam, gdzie faktycznie jest potrzebne, a nie zasili portfel internetowego naciągacza.