Gość (37.30.*.*)
Temat wojny prewencyjnej przeciwko III Rzeszy to jedna z najbardziej fascynujących zagadek typu „co by było, gdyby” w historii XX wieku. Głównym bohaterem tej opowieści jest Józef Piłsudski, który według wielu przekazów miał już w 1933 roku – tuż po dojściu Adolfa Hitlera do władzy – proponować Francji wspólne uderzenie na Niemcy. Choć brzmi to jak genialny plan, który mógł zapobiec tragedii II wojny światowej, historycy do dziś spierają się o to, czy taka propozycja w ogóle padła i jakie były realne szanse na jej realizację.
Większość historyków zgadza się, że Józef Piłsudski był jednym z niewielu europejskich mężów stanu, którzy od samego początku trafnie ocenili zagrożenie płynące z ideologii narodowego socjalizmu. Kiedy Hitler został kanclerzem, niemiecka armia (Reichswehra) była wciąż ograniczona traktatem wersalskim i liczyła zaledwie 100 tysięcy żołnierzy. Polska i Francja dysponowały wtedy miażdżącą przewagą militarną.
W polskiej historiografii, szczególnie tej emigracyjnej (reprezentowanej m.in. przez Wacława Jędrzejewicza), dominuje przekaz, że Piłsudski dwukrotnie sondował Paryż w sprawie akcji zbrojnej. Pierwszy raz miało to mieć miejsce w marcu 1933 roku, a drugi jesienią, po wystąpieniu Niemiec z Ligi Narodów. Jednak współcześni badacze, tacy jak prof. Marian Wojciechowski, podchodzą do tego z większym dystansem. W archiwach francuskich i polskich brakuje bowiem jednoznacznych, pisemnych dowodów na formalną propozycję wojny. Wielu historyków uważa, że była to raczej „sonda dyplomatyczna” lub genialny blef, mający na celu zmuszenie Francji do zadeklarowania lojalności wobec sojuszu z Polską.
Nawet jeśli Piłsudski rzeczywiście chciał uderzyć na Berlin, napotkał mur nie do przebicia w Paryżu. Historycy wskazują na kilka kluczowych powodów, dla których Francuzi odrzucili myśl o wojnie prewencyjnej:
Dla historyków zachodnich koncepcja wojny prewencyjnej często wydaje się egzotyczna. Podkreślają oni, że w 1933 roku Hitler nie złamał jeszcze rażąco postanowień międzynarodowych w sposób, który usprawiedliwiałby agresję w oczach opinii publicznej Wielkiej Brytanii czy USA.
Mało kto wie, że w marcu 1933 roku Piłsudski wykonał ruch, który mógł być elementem przygotowań do wojny lub testem reakcji Niemiec. Zwiększył on polską załogę na Westerplatte, co wywołało wściekłość w Gdańsku i Berlinie. Był to wyraźny sygnał: Polska nie zawaha się użyć siły, jeśli jej prawa zostaną naruszone. Niektórzy historycy widzą w tym „mikrowojnę prewencyjną”, która miała pokazać Francuzom, że Polska jest gotowa do czynu.
Brak pozytywnej odpowiedzi z Paryża postawił Piłsudskiego w trudnej sytuacji. Historycy tacy jak prof. Andrzej Garlicki wskazują, że to właśnie fiasko koncepcji wojny prewencyjnej (lub uświadomienie sobie słabości sojuszu z Francją) skłoniło Polskę do podpisania w styczniu 1934 roku deklaracji o niestosowaniu przemocy z Niemcami.
Była to polityka „równego dystansu”, która miała kupić Polsce czas. Z perspektywy czasu wiemy, że Hitler wykorzystał ten okres na gigantyczne zbrojenia, ale w 1934 roku wielu obserwatorów uważało to za sukces polskiej dyplomacji.
Z militarnego punktu widzenia – absolutnie tak. Historycy wojskowości są tu niemal jednomyślni. W 1933 roku połączone siły polsko-francuskie zajęłyby Berlin w ciągu kilku tygodni. Reichswehra nie miała czołgów, nowoczesnego lotnictwa ani odpowiednich rezerw.
Problemem nie był brak siły, ale brak woli politycznej. Dzisiejsza ocena historyków jest często gorzka: odrzucenie koncepcji wojny prewencyjnej (lub chociażby twardego szantażu militarnego wobec Hitlera) było pierwszym krokiem na drodze do polityki appeasementu (ustępstw), która doprowadziła Europę do katastrofy w 1939 roku.
Podsumowując, w środowisku historycznym dominują dwa nurty:
Bez względu na to, która wersja jest bliższa prawdy, koncepcja ta pozostaje symbolem utraconej szansy na zduszenie totalitaryzmu w zarodku, zanim ten stał się potęgą zdolną podpalić cały świat.