Gość (37.30.*.*)
To, co potocznie nazywamy „podatkiem bykowym”, to jeden z najbardziej kontrowersyjnych pomysłów, który cyklicznie powraca do polskiej debaty publicznej. Nie jest to jednak obecnie obowiązujące prawo, a raczej historyczna ciekawostka z czasów PRL oraz współczesna propozycja, która budzi ogromne emocje.
Aby zrozumieć, jak prawnie i w praktyce wyglądałoby funkcjonowanie „bykowego”, musimy spojrzeć na jego historyczny model oraz najnowsze, nieobowiązujące jeszcze, pomysły.
„Bykowe” w Polsce nie jest nowym wynalazkiem. Formalnie obowiązywało ono w okresie powojennym, od 1 stycznia 1946 roku do 1 stycznia 1973 roku, jako element polityki demograficznej.
Podatek ten był w rzeczywistości podwyższoną kwotą podatku dochodowego. Władza ludowa chciała w ten sposób zachęcać do zawierania małżeństw i posiadania potomstwa, dlatego dodatkową daniną obciążono:
Bykowe polegało na podwyższeniu standardowej stawki podatku dochodowego:
W praktyce oznaczało to, że osoby bezdzietne, które osiągnęły określony wiek, miały po prostu mniejszą kwotę netto na koncie. Był to fiskalny nacisk, który miał skłaniać do wypełniania „obowiązków społecznych”.
Ważna uwaga: Władza nie zagłębiała się w przyczyny bezdzietności w małżeństwach, co oznaczało, że płaciły je również pary, które nie mogły mieć dzieci z powodów medycznych. Wyjątek przewidziano m.in. dla osób samotnie wychowujących dzieci przez co najmniej 10 lat.
Obecnie w Polsce nie obowiązuje żaden podatek bykowy w klasycznej formie. Jednak pomysł ten powraca cyklicznie, zwłaszcza w kontekście kryzysu demograficznego i problemów z przyszłym finansowaniem systemu emerytalnego.
W ostatnich latach do Sejmu wpłynęła obywatelska petycja, która jest najczęściej omawianym przykładem tego, jak „bykowe” mogłoby wyglądać w praktyce w XXI wieku.
Zamiast podwyższać podatek dochodowy (PIT), autorzy petycji zaproponowali zmianę w systemie ubezpieczeń społecznych (ZUS).
Gdyby ten pomysł wszedł w życie, dla wielu pracowników oznaczałoby to znaczące obniżenie pensji netto, nawet o kilkaset złotych miesięcznie, ponieważ składki ZUS są potrącane od wynagrodzenia.
W przeciwieństwie do historycznego bykowego, współczesna propozycja uwzględniła pewne zwolnienia, co miałoby złagodzić krytykę dotyczącą dyskryminacji:
Mimo cyklicznego powrotu do debaty, wprowadzenie „bykowego” w Polsce jest mało prawdopodobne z kilku kluczowych powodów:
Sejmowe Biuro Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji (BEOS) negatywnie oceniło wspomnianą petycję i zarekomendowało jej odrzucenie.
Krytycy wskazują, że podatek ten jest formą dyskryminacji i piętnowania społecznego. W praktyce stanowiłby karę za styl życia lub sytuację życiową, na którą wiele osób nie ma wpływu (np. niemożność znalezienia partnera, problemy zdrowotne, czy świadoma decyzja o bezdzietności).
Historyczne doświadczenia z PRL nie potwierdziły, że „bykowe” było skutecznym narzędziem w motywowaniu do zawierania małżeństw czy zwiększania dzietności.
Większość współczesnych rządów, w tym polski, stawia na wspieranie rodzicielstwa ulgami podatkowymi i transferami socjalnymi (np. ulga prorodzinna, programy socjalne), co jest odwrotnym mechanizmem do karania bezdzietnych. Efekt jest ten sam – osoby bezdzietne, niekorzystające z ulg, finansują system, ale odbywa się to w formie premiowania rodzicielstwa, a nie karania bezdzietności.
Podsumowując: Prawnie „podatek bykowy” w Polsce nie istnieje. W praktyce, gdyby miał zostać wprowadzony, najprawdopodobniej przybrałby formę dodatkowego narzutu na składki ZUS lub podatek dochodowy dla osób bezdzietnych po osiągnięciu określonego wieku, z niewielkimi wyjątkami medycznymi. Jednak ze względu na silną krytykę, wątpliwości konstytucyjne i negatywne oceny eksperckie, jest to obecnie jedynie temat dyskusji, a nie realna perspektywa prawna.