Gość (37.30.*.*)
To zrozumienie wymaga spojrzenia na demokrację liberalną nie tylko jako na mechanizm liczenia głosów, ale jako na złożony system, w którym zasada większości jest tylko jednym z filarów, ograniczonym przez inne, równie ważne elementy.
Właśnie w tym napięciu, między wolą większości a ochroną mniejszości i praw fundamentalnych, tkwi sedno sporu, który obserwujemy w wielu krajach.
Podstawową zasadą, którą często podkreślają elity liberalno-lewicowe, jest to, że demokracja liberalna (w odróżnieniu od czystej demokracji większościowej) opiera się na dwóch uzupełniających się filarach:
Kwestionowanie działań większości, która nie jest liberalno-demokratyczna, wynika z obawy, że ta większość może wykorzystać swój mandat do demontażu lub osłabienia drugiego filaru – czyli zasady liberalnej.
Głównym argumentem jest to, że prawa człowieka i ochrona mniejszości nie są przeszkodą, ale warunkiem trwałej demokracji. W systemie liberalno-demokratycznym, nawet jeśli większość ma prawo rządzić, nie ma prawa do:
Dla elit liberalnych i lewicowych, kwestionowanie decyzji większości, która narusza te zasady (np. poprzez protesty, skargi do sądów konstytucyjnych, czy apele międzynarodowe), jest obroną samej istoty ustroju, a nie negowaniem demokracji. Chodzi o to, aby demokracja nie przekształciła się w tyranię większości, gdzie wygrana w wyborach jest traktowana jako licencja na robienie wszystkiego.
Wzrost znaczenia partii populistycznych, często określanych jako skrajna prawica, w Europie i na świecie wywołał wśród elit liberalnych i lewicowych realną obawę o tzw. democratic backsliding (demokratyczny regres).
Te obawy opierają się na analizie działań partii, które po zdobyciu władzy większościowej w demokratycznych wyborach, zaczęły systematycznie osłabiać instytucje kontrolne, takie jak:
W tym kontekście, sprzeciw elit jest postrzegany jako próba ochrony instytucji przed ich instrumentalizacją, co ma zapobiec przekształceniu demokracji liberalnej w system autorytarny lub hybrydowy.
Warto jednak spojrzeć na drugą stronę medalu, czyli na krytykę, która jest kierowana pod adresem samych elit liberalno-lewicowych. Część analityków uważa, że to właśnie ich postawa przyczyniła się do wzrostu sił, które obecnie kwestionują.
Jednym z najczęściej podnoszonych zarzutów jest to, że liberalne elity bywają postrzegane jako oderwane od problemów klasy robotniczej i średniej oraz jako aroganckie.
W rezultacie, wyborcy, którzy czuli się ignorowani lub pogardzani przez dotychczasowy mainstream, odnaleźli swoją reprezentację w partiach, które otwarcie kontestują ten "liberalny salon". W tej perspektywie, kwestionowanie przez elity demokratycznie wybranej większości jest postrzegane nie jako obrona demokracji, ale jako obrona własnej pozycji i dominacji dyskursu.
Odpowiedź na pytanie jest złożona i leży na styku teorii politycznej i socjologii.
Kwestionowanie rządów większości przez elity liberalno-lewicowe jest motywowane przede wszystkim obroną konstytucyjnych, nienegocjowalnych elementów demokracji liberalnej (praworządność, prawa mniejszości, trójpodział władz), które są postrzegane jako zagrożone przez populistyczną większość.
Jednocześnie, ten sprzeciw jest często potęgowany przez krytykę samych elit, które swoją postawą i poczuciem wyższości mogły przyczynić się do powstania i umocnienia się sił, które obecnie kwestionują. W ostatecznym rozrachunku, spór ten jest walką o definicję samej demokracji – czy ma ona być jedynie wolą większości, czy też systemem, w którym wola większości jest trwale ograniczona przez prawa i wolności wszystkich obywateli.