Gość (37.30.*.*)
Postać Konrada Mazowieckiego od wieków budzi ogromne emocje wśród historyków i pasjonatów dziejów Polski. Często przedstawia się go jako architekta największego nieszczęścia, jakie spotkało nasz kraj w średniowieczu – sprowadzenia Zakonu Krzyżackiego. Czy jednak określenie go mianem „kuriozalnego tyrana”, który nie dorósł do swoich czasów, jest sprawiedliwe? Aby to zrozumieć, musimy przyjrzeć się realiom XIII-wiecznej Polski, która przypominała raczej planszę do brutalnej gry o tron niż uporządkowane państwo.
W powszechnej świadomości Konrad Mazowiecki funkcjonuje jako postać tragiczna, a wręcz złowroga. To on w 1226 roku zaprosił rycerzy w białych płaszczach z czarnym krzyżem, by pomogli mu w walce z pogańskimi Prusami. Z perspektywy czasu wiemy, jak to się skończyło – powstaniem potężnego państwa zakonnego, które przez stulecia było śmiertelnym zagrożeniem dla Polski.
Jednak oskarżanie Konrada o brak dalekowzroczności jest nieco ryzykowne. W tamtym czasie nikt nie mógł przewidzieć, że niewielka grupa zakonników przekształci się w europejską potęgę militarną. Konrad działał pragmatycznie: jego Mazowsze było nieustannie najeżdżane przez Prusów, a on sam potrzebował „tarczy”, która pozwoliłaby mu skupić się na walce o tron krakowski. Z jego punktu widzenia Krzyżacy mieli być tylko najemnikami, jakich wielu przewijało się przez ówczesne dwory.
Jeśli przyjrzymy się metodom sprawowania władzy przez Konrada, znajdziemy dowody na jego wyjątkową porywczość i brutalność. Najbardziej jaskrawym przykładem jest los Krystyna, wojewody mazowieckiego i wiernego dowódcy Konrada. Krystyn był wybitnym strategiem, który wielokrotnie ratował skórę księcia w starciach z Prusami. Mimo to, w przypływie paranoi lub pod wpływem złych doradców, Konrad kazał go uwięzić, oślepić, a ostatecznie zamordować w 1217 roku.
To wydarzenie wstrząsnęło ówczesną opinią publiczną. Nawet w brutalnym średniowieczu zabicie tak zasłużonego i lojalnego urzędnika uznawano za czyn haniebny i politycznie samobójczy. To właśnie takie epizody budują obraz Konrada jako człowieka nieobliczalnego, który nie potrafił panować nad własnymi emocjami, co jest cechą charakterystyczną dla tyranów.
Twierdzenie, że Konrad „nie dorósł do swojej epoki”, jest kontrowersyjne. Można wręcz odnieść wrażenie, że był on dzieckiem swoich czasów aż do przesady. XIII wiek w Polsce to okres rozbicia dzielnicowego – czas nieustannych wojen domowych, łamania sojuszy i walki o prestiżowy tron w Krakowie.
Konrad Mazowiecki był chorobliwie ambitny. Jego głównym celem nie było budowanie silnego, stabilnego państwa, ale zdobycie władzy zwierzchniej nad pozostałymi książętami. W tej pogoni za koroną krakowską nie cofał się przed niczym. Czy to oznacza, że nie dorósł do epoki? Wręcz przeciwnie – on idealnie wpisywał się w ówczesny chaos. Problem polegał na tym, że jego ambicje często przewyższały jego talenty polityczne i militarne. Był graczem, który stawiał wszystko na jedną kartę, nie dbając o koszty społeczne czy długofalowe skutki swoich decyzji.
Warto wiedzieć, że Konrad Mazowiecki nie od razu postawił na Krzyżaków. Wcześniej próbował stworzyć własny zakon rycerski – braci dobrzyńskich (oficjalnie: Pruskich Rycerzy Chrystusowych). Była to polska inicjatywa mająca na celu chrystianizację Prus. Niestety, zakon ten był zbyt słaby liczebnie i nie radził sobie z naporami pogan. Dopiero po porażce tego projektu Konrad zwrócił się do Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, czyli właśnie do Krzyżaków.
Czy Konrad Mazowiecki był postacią kuriozalną? Z pewnością był człowiekiem pełnym sprzeczności. Z jednej strony fundator kościołów i klasztorów, z drugiej – brutalny morderca własnych stronników. Jego decyzja o sprowadzeniu Krzyżaków była błędem wynikającym z doraźnej potrzeby bezpieczeństwa, a nie z chęci zaszkodzenia Polsce.
Zamiast mówić, że nie dorósł do swojej epoki, lepiej stwierdzić, że był jej tragicznym reprezentantem. Uosabiał wszystkie wady rozbicia dzielnicowego: partykularyzm, przedkładanie interesu własnego nad wspólny oraz brak wizji wykraczającej poza własne podwórko. Jego historia to przestroga o tym, jak krótkowzroczność w polityce może rzutować na losy narodu przez kolejne siedemset lat.