Gość (37.30.*.*)
Lata 90. w Polsce to czas absolutnie wyjątkowy – okres wielkiej nadziei, ale i ogromnego chaosu. Przejście z gospodarki centralnie planowanej do wolnorynkowej, znane jako transformacja ustrojowa, niosło ze sobą fundamentalne pytanie: co zrobić z tysiącami państwowych zakładów pracy? Przekonanie, że prywatyzacja, często poprzez sprzedaż inwestorom zagranicznym lub likwidację nierentownych jednostek, jest jedyną słuszną drogą, nie wzięło się znikąd. Było ono wypadkową ówczesnej teorii ekonomicznej, tragicznego stanu państwowej kasy oraz braku rodzimego kapitału.
Głównym problemem początku lat 90. był fakt, że w Polsce po prostu nie było pieniędzy. Po dekadach komunizmu obywatele nie dysponowali oszczędnościami, które pozwoliłyby na wykupienie wielkich hut, kopalń czy fabryk samochodów. Państwo z kolei zmagało się z gigantyczną inflacją i zadłużeniem zagranicznym.
W tamtym czasie dominowało podejście neoliberalne, silnie wspierane przez zachodnie instytucje finansowe, takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Eksperci, z Leszkiem Balcerowiczem na czele, wierzyli, że państwo jest z natury złym gospodarzem. Uważano, że tylko prywatny właściciel – najlepiej taki z grubym portfelem i doświadczeniem – jest w stanie uratować zakłady przed upadkiem. Ponieważ polskiego kapitału nie było, naturalnym kierunkiem stał się Zachód.
Sprzedaż przedsiębiorstw zagranicznym koncernom nie była motywowana jedynie chęcią szybkiego zastrzyku gotówki do budżetu. Panowało silne przekonanie, że polskie fabryki są technologicznie zacofane o dekady. Inwestor z Niemiec, Francji czy USA miał przynieść ze sobą nie tylko dolary, ale przede wszystkim nowoczesne maszyny, systemy zarządzania i dostęp do globalnych rynków zbytu.
Wiele osób uważało wtedy, że bez zagranicznego wsparcia polskie produkty nigdy nie będą w stanie konkurować z towarami zalewającymi nasz rynek po otwarciu granic. Likwidacja najsłabszych ogniw była postrzegana jako bolesna, ale konieczna "terapia szokowa", która miała oczyścić gospodarkę z tzw. "zombie-przedsiębiorstw" – zakładów, które przetrwały tylko dzięki państwowym dotacjom.
Z perspektywy czasu debata o prywatyzacji w latach 90. budzi ogromne emocje. Krytycy tego procesu ukuli termin "wyprzedaż sreber rodowych". Podnoszono argumenty, że wiele zakładów sprzedano za ułamek ich realnej wartości, a inwestorzy zagraniczni kupowali polskie firmy tylko po to, by wygasić konkurencję i przejąć rynek.
Często dochodziło do sytuacji, w których po przejęciu fabryki przez zagraniczny koncern, produkcja była ograniczana, a tysiące ludzi trafiało na bruk. To właśnie wtedy narodził się silny podział społeczny na beneficjentów transformacji i jej ofiary. Przekonanie o konieczności sprzedaży wszystkiego, co państwowe, zaczęło być z czasem kwestionowane, co doprowadziło do wzrostu nastrojów narodowo-gospodarczych w późniejszych latach.
Warto wspomnieć o próbach tworzenia polskiego kapitału "na skróty", takich jak Program Powszechnej Prywatyzacji (NFI). Każdy dorosły obywatel mógł za niewielką opłatą otrzymać świadectwo udziałowe, stając się współwłaścicielem majątku narodowego. System ten okazał się jednak zbyt skomplikowany i mało efektywny – większość ludzi szybko odsprzedała swoje udziały za gotówkę, a realną kontrolę nad funduszami przejęły grupy menedżerskie.
Hasło to stało się symbolem oporu przeciwko gwałtownym zmianom gospodarczym. Choć reforma Balcerowicza ustabilizowała polską walutę i zdusiła hiperinflację, dla wielu robotników z likwidowanych PGR-ów czy fabryk stała się synonimem utraty bezpieczeństwa życiowego. Co ciekawe, Polska była jednym z najszybciej rozwijających się krajów postkomunistycznych, co zwolennicy ówczesnych metod do dziś podają jako dowód na słuszność obranej drogi, mimo ogromnych kosztów społecznych.
Przekonanie o wyższości kapitału zagranicznego nad polskim w latach 90. nie było jedynie wyborem politycznym, ale wynikiem braku realnych alternatyw w tamtym momencie historycznym. Polska startowała z poziomu bankructwa, a zachodni inwestorzy byli postrzegani jako jedyna szansa na szybki skok cywilizacyjny. Choć dziś wiele z tych decyzji ocenia się krytycznie, to właśnie one ukształtowały fundamenty dzisiejszej polskiej gospodarki rynkowej.